Cellofuny? Zespół znany!

17 maja tego roku (piątek) o godz. 15

będziemy gościć w sali gimnastycznej Szkoły Podstawowej w Srokowie[1] zespół o wieloznacznej nazwie:

Cellofuny

Tak, wiem, że to wszystko widnieje na plakacie – informacja jest dla tych, którzy potraktowali go jedynie jako niewartą uwagi ilustrację artykułu wartego uwagi 🙂

Nazwa powstała na skutek połączenia angielskiego cello (wiolonczela) i funny (zabawny, śmieszny, dziwaczny). Oto mamy okazję zweryfikować za jednym zamachem i nazwę i swój stosunek do muzyki, która – nie wiedzieć czemu nazywana jest „poważną”, choć Cellofuny udowadniają, że niekoniecznie, lub „rozrywkową”, choć w ich wykonaniu powoduje drżenie serc.

Miałam okazję słyszeć ich w olsztyńskiej Filharmonii, ale wiadomo mi, że – choć wykonawcami są bardzo młodzi ludzie – koncertowali w wielu polskich miastach, a także w Helsinkach i Paryżu.

Poniżej najkrótsza recenzja koncertu tego zespołu (zapewne nudna, ale kto nie lubi słuchać muzyki albo czytać moich recenzji już dawno przełączył się na… coś niezwykle pasjonującego zapewne) :

Na początku mała dygresja: każdy wie, że sporo dzieci gra na jakichś instrumentach. Większość z nich w pewnym momencie porzuca to zajęcie, choć niejedno słyszało, że ma talent. Niektóre są bardziej konsekwentne. Albo utalentowane. Albo bardziej utalentowane.

Te trafiają do szkół, które umieją zachęcić je do tak ciężkiej pracy, że wydaje się niemożliwym, aby nie stosowano tam jakichś wyszukanych metod manipulacji, albo chociaż poczciwych sprawdzonych średniowiecznych tortur. Hmmm… Wtedy jednak nie wyglądałyby na takie szczęśliwe, nie byłyby takie piękne…

W każdym razie te, które miałam przyjemność widzieć, były niewątpliwie piękne, młode, radosne, a jednocześnie skupione na misji. Przyodziane w długie suknie (albowiem były to same dziewczęta) sprawiały wrażenie jakby ktoś je wyrwał z innego świata. Ubrane i uczesane jak celebrytki – celebrowały. Nie siebie jednak, a chwile, które miały nam wyczarować.

I był on: Paweł Panasiuk. Dyrygent. Pasjonat. Tornado pozytywnej energii. Człowiek, który twierdzi, że „Talent pozwala nam zrozumieć co jest w życiu najważniejsze.” Z biegiem czasu okazuje się, że dyrygent, ten Dyrygent, może być nie mniejszą atrakcją niż wykonawcy, instrumenty czy muzyka. Potrafi mówić: mądrze i dowcipnie. Jest osobowością wypełniającą przestrzeń, ale jej nie przytłaczającą. Widać, że jest sercem i duszą, iskrą i skrzydłem, przyczyną i skutkiem tego, w czym mamy przyjemność uczestniczyć:

Kiedy rozlegają się pierwsze takty muzyki, nie sposób rozpoznać ile instrumentów ją wyczarowało i choć wiemy, że to wiolonczele, trudno uwierzyć, że tylko one. Brzmią jak jedna, ale już nie mamy czasu na rozmyślania, bo dyrygent ponagla dźwięki, podnosi je lub tłumi, zagrania, odpycha, przyzwala, wstrzymuje, zachęca, ośmiela – tak sugestywnymi ruchami dłoni i całego ciała, jakby zmagał się z żywą materią: chwytał ją, poskramiał i lepił wciąż na nowo…

… w międzyczasie dowiedziałam się, że „Wieniawski był tym dla skrzypiec czym Chopin dla fortepianu”…

W kolejnym utworze Dyrygent, który najwyraźniej – a może chwilowo – oswoił bestię, niemal tańcząc, wskazuje te instrumenty, które chciałby usłyszeć głośniej, a innym wielkodusznie pozwala jeszcze nabierać wiatru w żagle. Jestem pewna, że – choć chylę czoła przed umiejętnościami i wrażliwością młodziutkich wiolonczelistek – to co słyszymy, nigdy by nie zaistniało bez niego[2].

… a jednak znajduje czas, żeby oświecić słuchaczy w kwestii samodzielnego chałupniczego wykonania instrumentu smyczkowego, na przykład wiolonczeli. Otóż trzeba zacząć od pozyskania kilku rodzajów drewna: świerku, jaworu i hebanu – widziałam, że w tym momencie wielu zrezygnowało z planów…

Są i takie chwile, kiedy większość instrumentów milczy, za to inne pracują jak w transie. Coraz intensywniej i dobitniej rozbrzmiewają dźwięki i – nie wiedzieć kiedy – wszystkie smyczki idą w ruch. Jakby zachęcone przez te, które pierwsze całkowicie zaufały Dyrygentowi i uwierzyły w siłę muzyki, a może… w siebie?

Kiedy jednak przychodzi czas na intrygujący, mroczny i wyciszony utwór, instrumenty oglądają się na siebie, jakby żaden nie chciał być frontmanem… Napięcie rośnie. Serce zamiera. Tak działa muzyka: opowiada niesamowite historie, rozbudza wyobraźnię, ma moc przywoływania wspomnień i  wizualizacji pragnień, a na koniec sprawdza czy się dobrze rozumiemy 🙂

Dopiero pod koniec odkryłam, że na początku wiolonczele tylko udawały, że są nieśmiałe i skromne. Otóż w ostatnich aranżacjach są obecne prawie od razu, stają się integralną częścią imponującej całości. Już nie są tylko tłem, ale jednym organizmem: one, wokal, skrzypce, fortepian, który pobrzmiewał od czasu do czasu, no i: Dyrygent – ten, który w ostatnich akordach daje nam „POSAG EMOCJI”.

Odnajdą nas i przydadzą się w najdziwniejszych momentach – gwarantuję!

Jeśli ktoś ma ochotę sprawdzić czy nie przesadzam, zapraszam!

W imieniu Muzyki.

Barbara Budrewicz


[1] …która ma o wiele dłuższą nazwę, ale łatwo ją znaleźć wśród innych szkół w tej miejscowości.

[2] …ale przemawia przeze mnie ignorancja i oczarowanie całością – połączenie, które dyskwalifikuje mnie jako krytyka

Dodaj komentarz

Pola oznaczone * są obowiązkowe. Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.