Cz. 33 Jak zabić Entuzjazm, wyplenić Nadzieję i się nie spocić

Uwaga: Osoby, które „niechcący” zagłębią się w lekturę tego i tysiąca następnych tekstów, narażają się na odkrycia i emocje, których być może nie chciały. Co ważne: lektura może zmusić do głupawych spostrzeżeń i – co gorsze z punktu widzenia osób nie posiadających doświadczenia w tej kwestii – pouczających obserwacji i wniosków. Czytelniku: czytasz na własną odpowiedzialność! Ale jeśli już to robisz, pamiętaj, że – choć słowa mają wiele znaczeń – kiedy mówię Ci: „Wszystkiego dobrego” to życzę Ci wszystkiego dobrego. Wszystkiego dobrego zatem: Tobie i tym, których spotykasz. I wspierasz. Czy potrącasz. Czy co tam zwykle z nimi robisz…

*

*

*

Zupełnie nam umknęło, że kilka lat temu nasz Nowy Sąsiad zakupił okazyjnie kawałek[1] ziemi, obsadził ją świerkami na obwodzie i natychmiast ogrodził mrucząc, że zalęgły mu się bombirusy, które obgryzają czubki drzewek, a ogrodzenie ma chronić przed nimi nasze uprawy. Nie dyskutowaliśmy. Nie tyle z wdzięczności co ze wstydu – nikt nie wiedział co to są bombirusy. Jak zwykle w takich sytuacjach pokiwaliśmy tylko głowami na znak, że doskonale go rozumiemy i że podjął najlepszą możliwą decyzję. Głupio nam było, że nie wiemy co grasuje na naszej ziemi. Ktoś miał to sprawdzić, ale po czwartej kolejce pomylił „bombirusy” z „papirusami”, po szóstej „papirusy” z „papierosami”, a dwie skrzynki piwa później stwierdził, że jeśli w „papierach” jest powiedziane ogrodzić to ogrodzić i nie dyskutować!

Mijały lata. Tak się przyzwyczailiśmy do wielokilometrowego płotu, zza którego widać było tylko świerkowy las, że praktycznie nie zwracaliśmy na to uwagi.

Aż do chwili kiedy Nasz Nowy Sąsiad ogłosił, że wyhodował Atrakcję Turystyczną.

– Jak to?! – rozzłościł się Sołtys – Bez naszej wiedzy?!

– Teraz już wiecie – odparł Nasz Nowy Sąsiad.

– No tak – Sołtys nieco spuścił z tonu – Co to za atrakcja?

– Taka, która przyciągnie turystów.

Po sali, trzymając się za ręce, przeszły dwa Szmery: Zachwyt i Niechęć. Za nimi biegły ich dzieci: Ciekawość, Niedowierzanie, Zazdrość i – wysoki, bystrooki, pogodny – Entuzjazm. Ten przysiadł się do kilkorga przyjaciół[2] Naszego Nowego Sąsiada.

Można powiedzieć, że Cierpliwość naszego Sołtysa jest silnie autodestrukcyjna, o czym Nasz Nowy Sąsiad wiedział doskonale. Prawdopodobnie jest to jedna z atrakcji (i prawdziwy powód) naszych wspólnych spotkań. Wiedzieliśmy i my: teraz nasz Sołtys zacznie złorzeczyć podniesionym głosem. Ten kto się odezwie nie po jego myśli, usłyszy, że kiedyś – choćby 30 lat temu, choćby nie on, a jego krewny – zrobił coś lub nie zrobił czegoś wbrew oczekiwaniom Sołtysa lub kogokolwiek innego. Jego wypominki – co należy mu przyznać – mają zawsze tę samą moc: im słabszy psychicznie rozmówca, tym prędzej położy po sobie uszy.  Żeby być do końca sprawiedliwym trzeba dodać, że rozeźlony Sołtys wykorzystuje przywilej, który sam sobie nadał: fakty i argumenty nie muszą mu sprzyjać. Ton głosu, wibracja złości oraz promilność płynów ustrojowych i tak skutecznie uniemożliwiają trzeźwą analizę jego durnowatych zarzutów.

W związku z powyższym, kto znał prawa rządzące naszym światem, wiedział, że trzeba odczekać aż Sołtys zamorduje drzemiącą w nim, acz niezwykle – jako się rzekło – płochliwą Cierpliwość, po czym zatrzaśnie za sobą drzwi krzycząc, że tu nie ma z kim rozmawiać. Istniała jednak szansa, że ulegnie Ciekawości, której nie umiał i nie chciał poskromić[3].

Nasz Nowy Sąsiad postawił na drugą opcję. Zaczekał aż Sołtys wykaże zainteresowanie.

– No, pochwal się – powiedział w końcu Sołtys. – Może się wreszcie dowiemy czy jakiejś biedy na nas nie ściągniesz…

Nasz Nowy Sąsiad zaczął więc opowiadać:

– Na wstępie najważniejsza informacja: wszystko jest zgodne z prawem polskim i unijnym. Sam działam społecznie, ale wam zorganizuję zajęcie i dobrze płatną pracę. Ponieważ cel jest szlachetny, zbożny i ma wielką przyszłość, jest możliwość pozyskania funduszy na rozwój. Potem inwestycja będzie zarabiała na siebie i na nas. Otóż, jak wam wiadomo, posiadam parę hektarów terenu. Chciałbym zorganizować tam…

(tu zaczął wyliczać swoje pomysły: tak atrakcyjne, że natychmiast uruchomił naszą Wyobraźnię, wzbudził Ufność i Nadzieję i uśpił niczym nie uzasadnione Wątpliwości… Już widzieliśmy turystów przyjeżdżających do nas wielkimi autokarami i jak otwieramy pensjonaty i szykujemy pokoje gościnne; jak z naszych podatków pięknieje wieś; z jakim podziwem mówi się o nas w mediach, jak nasze dzieci wracają tu po ukończeniu swoich szkół i włączają się w rozwój projektu, który właśnie rodził się na naszych oczach. Nie zniechęciło nas – o dziwo – nawet to, że przedsięwzięcie wymaga czasu i pracy, naszej pracy. Bo była pewność, że profity zacznie przynosić od razu, a potem może być tylko lepiej…)

Chłonęliśmy każde jego słowo. Prawie od razu – nawet Ziomuś Podpierdek [4] – zrozumieliśmy, że jesteśmy zapoznawani z biznesplanem[5]. Sołtys słuchał nie przerywając, Aż do słów:

– I co najważniejsze: nie potrzebuję do tego niczyjej zgody i łaski.

– Nie potrzebujesz niczyjej łaski? – wpadł mu Sołtys w słowo – Przecież dojazdu do swojej ziemi nie masz!

– Owszem, ale można go wytyczyć, bo oddziela mnie od drogi ziemia należąca do naszej gminy. Przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie mi rzucał kłód pod nogi! – uśmiechnął się Nasz Nowy Sąsiad, ale jednocześnie zauważyliśmy minę Sołtysa. Kręcąc głową pochylił ją tak, żebyśmy nie widzieli jego oczu. Sięgnął po telefon i wybrał numer.

– Zobaczymy co się da zrobić – powiedział z takim powątpiewaniem, że Sceptycyzm nie wyłaził potem z nory przez dwa tygodnie. Strasznie się baliśmy, że nie wylezie aż do wyborów. – Witam – odezwał się do Rozmówcy, Którego Wybrał – Tak, to ja. Sprawa jest…

Pokrótce przedstawił to, co usłyszał przed chwilą od Naszego Nowego Sąsiada, po czym słuchał od czasu do czasu rzucając: – No tak, zawsze tak mówią, a potem… Niby nic, ale wiadomo: a to wkład własny, a to podpis… Też tak uważam: genialny! – ostatnie słowa powiedział wychodząc, jakbyśmy mu przeszkadzali w rozmowie (a było wręcz przeciwnie: niektórzy wstrzymali oddech).

– Niech sprawdza – beztrosko przerwał milczenie Nasz Nowy Sąsiad .

– To się nie uda – odezwała się Durnicha. Dalibyśmy głowy, że nie było jej na zebraniu!

– Pani Nadiu, dlaczego pani tak mówi?! – zapytał z wyrzutem Nasz Nowy Sąsiad. Patrzył na nią tak, jakby poczuł się zdradzony, tak jak nie patrzył na Sołtysa, który powiedział przecież więcej nie mówiąc prawie nic. – Była pani od początku? Słyszała pani wszystko? Wie pani o czym mowa?

– Wiem mój chłopcze – odparła poufale – I nie miej mi za złe, bo życzę ci jak najlepiej, a nawet podziwiam za ten genialny plan. Przecież on służy nam wszystkim, może nawet ratuje nas przed czymś. Tylko widzisz… pomysł to nie wszystko. Jakby ci to powiedzieć…? Obawiam się, że on, ten pomysł, przytrafił się niewłaściwej osobie…

Nasz Nowy Sąsiad otworzył usta, ale zamiast niego usłyszeliśmy zza pleców głos Sołtysa:

– No niestety, sąsiad: tamta ziemia sprzedana, a nowy właściciel nie wyraża zgody na budowę drogi kosztem jego areału. Tak, że… ten…

– I tak nie wiadomo o co tu chodziło. Pewnie chciał się tylko z nas ponabijać… – dodał Ziomuś Podpierdek patrząc nieprzyjaźnie na Naszego Nowego Sąsiada.

– Oj Ziomuś, Ziomuś – westchnęła Durnicha stojąc już w progu – kto by chciał tracić tyle czasu, żeby się z was nabijać? I po co miałby to robić? Wracaj do siebie i wbijaj dalej gwoździe gumową kaczką. Chodź Ziomuś, pokażę ci drogę do domu…

Odnieśliśmy wrażenie, że nagle skurczyła się i przygasła. W dodatku tak stanowczo zamknęła za sobą drzwi, jakby opuszczała nas na zawsze.

 

———————————————-

[1] Marne kilkanaście ha – nikt nie chciał takiego skrawka, zwłaszcza, że znajdują się na nim ruiny pałacyku, dwa stawy, 6 mostków i porośnięty gęstwiną wierzb, głogu, czarnego bzu i dzikiej róży wąwóz, który Nasz Nowy Sąsiad uparcie nazywa „malowniczym”.

[2] Czyli tych, którzy – nie wiedzieć czemu – dobrze się bawili, choć zaskakiwał ich tak samo jak nas.

[3] chodzą nawet słuchy, że dokarmia ją czymś od czego puchnie i zaczyna sama polować na Wieści Wszelkie

[4] Zbieżność imion i nazwisk jest zupełnie przypadkowa! Jeśli brzmią identycznie jak przedmioty, zjawiska czy stany, którym ulegacie lub Was otaczają – to tym bardziej! Jeśli znajdując je w tekście słyszycie głosy – najwyższy czas na interwencję profesjonalisty!

[5] To absolutnie nie znaczy, że go tak nazywał – przecież to Ziomuś…

Dodaj komentarz

Pola oznaczone * są obowiązkowe. Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.