Tak się zastanawiam…

Czasem mam wrażenie, że najważniejsze decyzje podejmowane są coraz częściej nie pod wpływem namysłu, rozeznania w temacie, ani nawet kaprysu, czy emocji, ale… internetu.

Kiedy pojawia się problem, coraz więcej osób szuka rady w tzw. sieci. Brak czasu na spotkania z przyjaciółmi, czy rozmowę z bratnią duszą, powoduje, że pomocy szukamy w zasięgu ręki, a w zasięgu jest komputer i wystarczy, że on z kolei jest w zasięgu sieci i życie staje się prostsze 🙂

Pół biedy, jeśli potrzebujemy przepisu na zupę z gwoździa czy rady na czwartą czkawkę w ciągu doby, gorzej, gdy próbuje się znaleźć sposób na problemy, które są tak osobiste, że aż niepowtarzalne. Albo tak lokalne, że nie mogły zdarzyć się nigdzie indziej. Wtedy oczywiście szuka się analogii tam, gdzie jej nie ma, bo często potrzebny jest tylko argument, żeby przeforsować własny pomysł na problem, a nie sposób, żeby ten czy inny dylemat rozwiązać.

Zastanawiam się: czy to w porządku?

Czy naprawdę jest OK, gdy na przykład inspiracją lub wręcz motywem działań – które skutkują niechcianymi zmianami, albo okazują się niewypałem, bo nie uwzględniły specyfiki środowiska – była wzmianka w internecie? (na zasadzie: „tam się udało, to i my możemy”) Albo, gdy urzędowy dokument – który powinien zostać stworzony w czasie godzin pracy, bez kawy, pączków i pogaduszek – zostaje ściągnięty z internetu w 1,5 sekundy, a strasznie zapracowanemu urzędnikowi nie chce się nawet precyzyjnie usunąć „śladów zbrodni” i pozostawia nazwę miejscowości, której to podkradł?

Ciekawe ile już razy utrudniono nam życie za radą wróżki-Sieciuszki, co jeszcze stracimy za sprawą  potwora-Interneciora i ile podpisaliśmy dokumentów, w których widnieje niewłaściwa nazwa gminy? I o czym to świadczy?

I kto wie o jakim dokumencie mowa?

Post wyświetlono 116 razy

5 komentarzy
  1. Wybaczcie, ale – na razie – nie. Z wielu powodów:
    – bo nie będzie już tak ciekawie: nic tak nie podkręca atmosfery, jak interesująco tajemnicza tajemnica 🙂
    – bo dokument wciąż jest dostępny w formie o jakiej pisałam, a to każe mi iść z domysłami w wielu kierunkach:
    A) urzędnicy, którzy czytają tę stronę są tak pewni swego, że nie sprawdzają co nakitrasili, czyli tkwią w błędnym poczuciu swojej doskonałości i sprytu – jak powiem o jaki dokument chodzi, to osoba, która go „stworzyła” wpadnie w depresję, spadnie jej samoocena i będzie źle wykonywała swoje obowiązki, a jej praca polega na służeniu nam pomocą (co prawda po drodze musi przekonać szefostwo, że sama tworzy dokumenty, ale gdyby spadła jej wydajność… no wiecie… może się okazać, że prawie nic nie da się załatwić);
    B) urzędnicy gorączkowo przeszukują ostatnio „zredagowane” dokumenty – dajmy im jeszcze chwilę, bo muszą się cofnąć dalej niż myślą – nie powiedziałam, że został opublikowany wczoraj, prawda?
    C) urzędnicy nie czytają naszego portalu ze zrozumieniem;
    D) urzędnicy nie czytają naszego portalu;
    E) urzędnicy nie czytają;
    …i najsmutniejsze:
    F) urzędnicy nie czytają nawet tego, co prawie sami napiszą.

    Tak naprawdę średnio mnie to bawi, raczej przeraża, choć sprawa jest dość błaha. Niemniej znamienna…

Dodaj komentarz

Obowiązkowe pola są zaznaczone *. Twój adres email nie zostanie opublikowany.