Dobro dziecka niejedno ma imię

Wszystko zaczyna się w szkole podstawowej.

To tu dziecko dowiaduje się, że ma swoje prawa, które powinien przestrzegać cały świat. Jeśli ma to szczęście, że trafia na wrażliwych, mądrych i przewidujących rodziców, dziadków, nauczycieli i sąsiadów, dowiaduje się również, że ma wobec tego świata obowiązki. Należy do nich najpierw „Dzień dobry”, „Proszę”, „Przepraszam”, „Dziękuję”, „Do widzenia” (tak, to obowiązki!), a potem pomoc w pracach domowych, ustąpienie miejsca w autobusie, pomoc osobom starszym (tak, obcym też!). Banał? No jasne, ale nie tak oczywisty jak byśmy chcieli.

W wielu domach nie żąda się od dziecka uprzejmości, tylko spełnia jego życzenia. Nie oczekuje się pomocy, lecz wyręcza we wszystkim. Albo i nie. Są takie domy, gdzie nikt nie zaprząta sobie głowy duperelami pod tytułem: uprzejmość, życzliwość, uczynność, wrażliwość czy wychowanie… Takie dziecko dorasta więc beztrosko i radośnie, a jeśli nie ma większych problemów z nauką – świat nie ma do niego większych zastrzeżeń.

A potem idzie do gimnazjum…

I tu – zwróćmy uwagę – dzieje się rzecz zastanawiająca: nagle okazuje się, że w większości szkół gimnazjalnych pracują dyrektorzy-kretyni, nauczyciele-debile, psychologowie-popaprańcy. Epidemia?

Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że nasze słodkie dzieciątka już u zarania nauki w gimnazjum przeistaczają się w jakieś nowe stwory: pyskate, drażliwe, wrzaskliwe, nawet agresywne, lub: mrukliwe, niekomunikatywne, obojętne? Epidemia?

Media, jak warchlaki na kupie gnoju, pieczołowicie wyszukują smacznych kąsków i rzucają nam pod nogi dramaty nastolatków i ich rodzin, a potem pławią się w chwale, jako ci, którzy powiedzieli o tym pierwsi lub jako ci, którzy w końcu o tym powiedzieli, lub jako ci, którzy też powiedzieli… W każdym razie ta pracowitość pracowitych pracowników środków masowego przekazu utwierdza nas w przekonaniu, że młodzież jest coraz agresywniejsza, nauczyciele coraz debilniejsi, psychologowie coraz popaprańsi 🙂

Epidemia?

Może. Ale zanim ściągniemy szczepionki z Na-Pewno- Zaprzyjaźnionej- Sąsiedniej -Galaktyki spróbujmy znaleźć jej źródło.

Po pierwsze: gimnazja nie były dobrym pomysłem. Dzieci kończące szóstą klasę wchodzą w trudny wiek, kiedy nie powinny być narażone na zbyt wielkie zmiany, zwłaszcza takie, które wymagają od nich wywalczenia sobie miejsca w grupie, zaistnienia w nowej społeczności. Pozostanie pod skrzydłami tych samych nauczycieli aż do piętnastego roku życia nie pozwalało na ekstrawagancje i eksperymenty, które w tym wieku usiłują zasiedlić niewielki jeszcze rozumek młodego człowieka. Nawet, jeśli rodzice nie utrzymywali kontaktu ze szkołą, szkoła na tyle znała swojego ucznia, że nie miał szans udawać kogoś innego tylko dlatego, że jest o klasę wyżej. A gdy już wyfruwał na podbój świata, miał piętnaście lat, ale nikt mu nie mówił jak dzisiejszym dwunastolatkom „Jesteście gimnazjalistami, to zobowiązuje”, bo one słyszą tylko tyle, że przeskoczyły jakiś próg, za którym zostało dzieciństwo i … czują się tacy dorośli!

Po drugie: w epoce n i e i s t n i e n i a gimnazjów dzieci wiedziały jakie obowiązki mają do wykonania – często pomagały pracując w rodzinnej firmie czy gospodarstwie, miały do wykonania określone zadania w domu (zakupy, przyniesienie opału, sprzątanie, opieka nad rodzeństwem) i – nauka – ale nikt im nie mówił „Masz się PRZEDE WSZYSTKIM uczyć”, mówiono: „Masz się dobrze uczyć i nie przynosić nam wstydu”, a za nagrodę wystarczał dumny uśmiech matki i ojca. A gdy nauka szła nie najlepiej, dziecko nie szło na studia. Niesamowite, co? Za to zdobywało zawód, w którym pracowało sobie jak długo chciało, a jak nie chciało to robiło coś innego. Naprawdę!

Po trzecie: dzieciaki, które się źle uczyły – nie zdawały z klasy do klasy. Tak było! Przysięgam!

Po czwarte: dzieciaki, które się źle zachowywały, były karane przez nauczycieli. Kary były nie tyle dotkliwe co nieuchronne, nie poniżały, a dyscyplinowały i mniej uważnym uczniom pomagały ustalić hierarchię. Bezcenne…

Po piąte: rodzice wspierali nauczycieli w ich postanowieniach, nie kłócili się o oceny, nie podważali decyzji, nie roztrząsali ich życia prywatnego, lecz stali z nimi po tej samej stronie barykady, bo wiedzieli, że dla DOBRA DZIECKA tak trzeba.

Po szóste: jeśli nauczyciel okazał się niesprawiedliwy, świat dalej się kręcił. Serio! To były czasy, gdy wszyscy wiedzieli, że nikt nie jest nieomylny.

Po siódme: gdy nauczyciel zadawał dużo lekcji, w dodatku trudnych, a na dokładkę nie obsypywał ucznia pochwałami za to, że je łaskawie odrobił – uchodził za nauczyciela ostrego i wymagającego, a nie popie…….go. Jak bum-cyk-cyk! I takich się pamięta do śmierci.

Dlaczego więc dziś jest jak jest? Dlaczego gimnazjaliści są – wydaje się, że w większości – tacy wulgarni, hardzi, agresywni, bezrefleksyjni, pretensjonalni?

Internet temu winien?

Telewizja?

Dom?

Szkoła?

Nie ma jednoznacznej odpowiedzi.

Mówią, że od internetu nie ma już odwrotu. Ale nadzór wciąż jest możliwy, pewnie, że nie permanentny, ale przy odrobinie konsekwencji wiele można osiągnąć. To samo z telewizją. Wszystko zależy od rodziny. Umiejętność korzystania z telewizji i internetu to też element wychowania.

A szkoła?

A szkoła – zauważcie – nie jest już tą szkołą, jaką znamy sprzed lat nie tak znowu wielu. Do szkoły wlazła Europa z pomysłami, których zaczyna żałować i Unia ze swoimi dyrektywami, imponowała nam nawet Ameryka, która już zamienia szkoły w obiekty pod specjalnym nadzorem…

Czy u nich zaczynało się tak samo?

Czy tam też nauczyciel nie mógł wygonić ucznia do domu „po rodziców”, bo biedne dziecko na pewno właśnie wtedy wpadnie pod samochód?

Czy tam też nauczyciel nie może kazać uczniowi przeszkadzającemu w zajęciach wyjść za drzwi, bo biedak może sobie wtedy zrobić krzywdę?

Czy tam też zawieszenie w prawach ucznia dotyczyło tylko zakazu reprezentowania szkoły na zewnątrz i korzystania np. z dożywiania czy pobytu w świetlicy szkolnej?

Czy tam też szkoła nie mogła zawiesić ucznia (w jego prawie przychodzenia na zajęcia) póki nie zjawili się rodzice?

Czy i tam nauczyciel nie mógł sprawdzić plecaka ucznia nawet, jeśli wiedział, że jest tam broń, narkotyki, skorpiony i odbezpieczony granat?

Czy tam też lepiej było przepychać ucznia z klasy do klasy i zawyżać oceny, bo w razie pogorszenia średniej ocen czy wzrostu liczby uczniów nie otrzymujących promocji do następnej klasy szkoła musiała pisać programy naprawcze? Nawet jeśli trafił się rocznik z przewagą dzieci z jednoznaczną opinią Poradni Psychologicznej?

Czy tam też nauczyciel musiał tolerować ucznia, nawet jeśli był bucem deprawującym resztę klasy, wysłanym do hufca pracy, a wracał po paru miesiącach, ponieważ… w hufcu deprawował resztę grupy, a obowiązek szkolny „trwa do ukończenia gimnazjum, nie dłużej jednak niż do ukończenia 18 roku życia”?

Czy tam też nauczyciel nie mógł wyznaczyć kary w postaci wykonania jakiejś użytecznej pracy, bo to naruszało godność osobistą ucznia?

Uwagi do nadwrażliwych czytelników: Nie twierdzę, że każde dziecko, które chodzi do gimnazjum to potwór z piekła rodem. Nie twierdzę, że Wasze dzieci są takie – a jednocześnie mam nadzieję, że świat gimnazjalny nie dzieli się na agresorów i ofiary, mam nadzieję, że wciąż jest tam miejsce dla dzieci, które po prostu chcą się uczyć i robią to choć nie jest im łatwo.

Twierdzę jednak, że na naszych oczach zachodzą niepokojące zmiany. Zaliczam do nich także upadek autorytetu nauczycieli i uważam, że duża w tym wina rodziców, którzy w obecności dzieci mówią niepochlebne rzeczy na ich temat.

Nasze dzieci są gwałcone nie tylko przez internet, telewizję i bilboardy – za często biorą udział w „dorosłych” rozmowach jako równorzędni partnerzy lub niemi świadkowie. I nie chodzi mi tylko o rozmowy na temat nauczycieli.

Nie jestem nauczycielką. Za kilka lat będę matką gimnazjalisty (nie ma na to szczepionki:)

Nie wiem co gorsze.

Post wyświetlono 78 razy

4 komentarzy
  1. Bardzo, bardzo, bardzo trafne spostrzeżenia. Szkoda tylko, że nie ma odwrotu.
    Tekst polecam pod rozwagę szczególnie rodzicom, którzy jedynie zawzięcie bronią swoich dzieci zamiast wspólnymi siłami dążyć do poprawy ich (to nie pomyłka – ich) zachowania. Szkoła ma ucznia kilka lat, zaś rodzice – do końca życia.

  2. Też uważam, że gimnazja to był błąd. Ale jako rodzic widzę też bezczynność i rutynę wielu nauczycieli – daleki jestem od generalizowania, ale uważam, że rutyniarstwo wśród nauczycieli to główna przyczyna upadku autorytetu szkoły i pedagogów. Świat się zmienia, nauczyciele muszą nadążać.

  3. A ja uważam, że właśnie takie podejście jest przyczyną całego zamieszania. Mam wrażenie, że oczekujemy od nauczycieli, aby zabawiali nasze dzieci, bo nauka ma być atrakcyjna i żeby – w razie problemów – stosowali jakieś wydumane techniki podejścia do problemu, a nie to co podpowiada zdrowy rozsądek. Kiedy nasze dzieci wejdą w dorosłe życie myślisz, że szef nie powie: „Spóźniłeś się pan kolejny raz! Do widzenia. Na pana miejsce mam 115 punktualnych osób”? Bo, na przykład nauczyciela uczy się, żeby nie mówił do ucznia:” Spóźniłeś się” – to błąd! Uczniowi może być przykro! Uczeń może się poczuć ośmieszony nawet! Uczniowi należy delikatnie i dyplomatycznie dać do zrozumienia, że przeszkadza w zajęciach… Bo przecież taki piętnastoletni głuptasek tego nie wie. Zwłaszcza jak spóźnia się notorycznie.
    W ogóle mam wrażenie, że świat się trochę poplątał w tym wszystkim. Z jednej strony mówi się, że w wychowaniu najważniejsze są jasno wytyczone granice, a z drugiej strony okazuje się, że wytyczone są one tylko dla nauczyciela, bo uczeń może je przekraczać praktycznie bezkarnie – o czym mowa w artykule. Z jednej strony w wychowaniu potrzebna jest powtarzalność i niezmienność pewnych procedur, aby wykształcić określone postawy, a z drugiej strony powtarzalność i niezmienność nazywana jest rutyniarstwem…
    Mam złą wiadomość: nie da się uatrakcyjnić nauki tabliczki mnożenia, nawet jak zaczniemy jej uczyć na tabliczce czekolady – to dzieciom ona zbrzydnie. Dzieci zawsze buntowały się przeciw nauce, bo to ciężka praca. Tymczasem my i nauczyciele mamy za zadanie nie oglądać się na ich bunt i wysyłać im jasne sygnały, że nauka w tym wieku to oczywistość. Mamy w tym być do znudzenia nudni, nieustępliwi i… rutyniarscy.
    Nie zamierzam kreatywnie namawiać mojego dziecka do nauki. Po moim trupie 🙂
    I to nie nauczyciel ma nadążać za czasami (bo właściwie co to znaczy?) – to uczeń ma nadążać za nauczycielem.
    Tak naprawdę domyślam się o co Ci chodzi: o to, że są wśród nauczycieli tacy, którzy nie powinni wykonywać swojego zawodu. A czy wśród urzędników nie ma rutyniarzy? a wśród księży? a wśród kierowców? lekarzy? prawników? policjantów? Śmiem twierdzić, że rutyniarze są nawet wśród łowców kangurów…
    Większość z tych ludzi ma znaczący wpływ na życie nasze i naszych dzieci.
    Co do tego nauczycielskiego nadążania zgodzę się o tyle tylko, że mamy prawo oczekiwać, że będą oni traktowali nasze dzieci sprawiedliwie i z życzliwością, na jaką one zasługują i dopóki na nią zasługują, ale gdy zasłużą na karę, to nauczyciel będzie miał w ręku narzędzia do jej wymierzenia, a nie głupiutkie, nic nieznaczące zapiski w statucie, który jest kopią kopii innej kopii…
    To nie nauczyciel nie nadąża za światem, lecz świat, który odbierając mu prawo do reakcji adekwatnej do zachowań ucznia, odarł go z autorytetu. I wcale nie mówię o biciu dzieci.
    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Obowiązkowe pola są zaznaczone *. Twój adres email nie zostanie opublikowany.