… o dzieciństwie

Im chętniej wykorzystujemy w życiu zdrowy rozsądek, tym więcej mamy szans na podjęcie właściwej decyzji, na przykład tej o zostaniu rodzicami[1]. Dziecko nie ma szans na zastanowienie czy chce zaistnieć. Wydaje nam się, że aby zostać dzieckiem nie trzeba żadnych umiejętności ani kompetencji; że wystarczy przeczekać w zacisznym kąciku 9 miesięcy, a potem wyśliznąć się na świat i od tej chwili dręczyć najbliższych do końca życia.  Oto jest pytanie: czy dobrze jest być dzieckiem?

            Jesteśmy przekonani, że wystarczy zabezpieczyć wszystkie, także nieuświadomione, potrzeby dziecka, a zagwarantuje to jego prawidłowy rozwój, a nawet szczęście. Teza jest logiczna, prawda? Dlaczego więc to tak nie działa?

            Dziecko przychodzi na świat nie zawsze oczekiwane i kochane, jednak najczęściej właśnie tak. W większości przypadków zanim świat je ujrzy, ma już zagwarantowaną dozgonną miłość matki. W miarę jak rośnie, podbija serca osób z najbliższego otoczenia i to właśnie jest baza, podłoże, na którym może się rozwijać. Kochające otoczenie (w pierwszej kolejności rodzice) wczuwa się w potrzeby dziecka praktycznie od pierwszego dnia jego życia. Wydaje się, że wystarczy, aby nie przestawali tego robić i sukces murowany. Skąd więc tyle problemów wychowawczych, tylu dorosłych, którzy mówią „źle mi się życie ułożyło, to wina matki/ojca/rodziców”. Zdarza się, że sami oceniając czyjeś postępowanie mówimy „fajny dzieciak z niego byłby, gdyby urodził się w innej rodzinie”.

            Jak to jest? Przecież nawet w rodzinach tzw. patologicznych[2] nikt nie chce wychować dziecka na złego człowieka. Nawet matka mocno ograniczona intelektualnie czy ojciec uwikłany w nałogi, chcą mieć dziecko mądre i zaradne życiowo, ba! nawet agresja w (niekoniecznie  patologicznej) rodzinie, uzasadniania jest słowami: „żeby wyszedł na ludzi!”[3].

            Tak więc większość dzieci wzrasta w kochających rodzinach, kochających czyli takich, które mają na uwadze ich dobro. Problem chyba leży w definicji pojęcia „dobro dziecka” [4]. Na temat tego co służy a co szkodzi dziecku napisano już niejedną książkę, artykuł i ustawę[5]. Ale dziecko to człowiek, a człowiek został stworzony przez naturę[6] po to, żeby zaprzeczać jej prawom[7]. Dlatego cokolwiek byśmy zrobili (albo nie zrobili), w przyszłości może się okazać, że trzeba było zadziałać dokładnie na odwrót.

Nic nowego, prawda? Rodzicielstwo to wielkie wyzwanie, misja, obowiązek, a czasem krzyż, który trzeba dźwigać choćby nie wiem co. Ten nasz wysiłek, często po latach nazywany poświęceniem ma służyć temu, aby dziecko miało szczęśliwe dzieciństwo, bo wierzymy, że to ono jest gwarantem, a przynajmniej dobrym zaczątkiem szczęśliwego życia. Są tacy, którzy praktycznie każde dzieciństwo traktują jak synonim szczęścia, bo z perspektywy lat i doświadczeń jawi im się ono jako czas beztroski i radości.

Zadajmy sobie pytanie: czy też patrzymy w taki sposób?

A teraz pytanie numer 2: czy tak jest naprawdę?

I pytanie pomocnicze: Czy dzieciństwo to sielanka?

Przyjrzyjmy się temu bliżej:

  1. Okres prenatalny. Nikt nie powinien mówić „dobrze jak u mamusi w brzuszku”, bo nikt nie pamięta jak tam było. A może było ciasno i niewygodnie? A może rodzenie się to straszne przeżycie? Może to nawet bardzo boli?
  2. Okres noworodkowy. Mózg dziecka rozwija się w zawrotnym tempie. Nie wiemy, w którym momencie dziecko uświadamia sobie niewygodę, głód, niepokój, znudzenie. Wiemy natomiast, że „coś” próbuje nam zakomunikować. Bardzo skromny zasób środków wyrazu nie ułatwia mu tego zadania. Myślę, że takie dziecko przez większość czasu jest zwyczajnie wściekłe albo przerażone…
  3. Czas wczesnego dzieciństwa. Nauka chwytania, mówienia, chodzenia, manipulowania przedmiotami – gdybyśmy naprawdę wnikliwie, godzina po godzinie, tydzień po tygodniu obserwowali dziecko na tym etapie rozwoju, już nigdy byśmy nie narzekali na nadmiar nauki w szkole czy na studiach. Dziecko po prostu ciężko pracuje w każdej minucie swojego życia i to zarówno intelektualnie, jak i fizycznie!Jakże trafnie ujął to Peter Rosegger[8]: „Dziecko jest księgą, którą powinniśmy czytać i w której powinniśmy pisać. Dzieciństwo, nie jest jedynie przygotowaniem do życia jak często uważamy, myśląc o naszych dzieciach, lecz jest prawdziwym życiem.”
  4. Okres przedszkolny. Najpóźniej teraz rodzi się w dziecku świadomość własnego ja. To czas objawiania się jego osobowości. Otoczenie stara się przyciąć temperament dziecka do własnych wyobrażeń[9] –które są tylko wypadkową charakteru, wieku, wykształcenia, wyznawanej religii,  wyobraźni, odpowiedzialności i doświadczeń[10] ze szczególnym uwzględnieniem wspomnień z własnego dzieciństwa. Są rodzice, którzy rozpieszczają dziecko, bo sami nie byli rozpieszczani. Są tacy, którzy robią to, bo i z nimi tak postępowano. Tak samo jest z nadmierną dyscypliną bądź jej brakiem, z troską, okazywaniem miłości, zaufaniem, wiarą w dziecko. Rozwija się więc ono zgodnie z metryką, ale pomału uczy się, czego świat od niego oczekuje. Ponieważ trudno jest dziecku sprostać tym oczekiwaniom, a czasem po prostu nie rozumie ich, zaczyna walkę o niezależność – na początku nieuświadomioną (jest krnąbrne lub ignoruje polecenia), a jeśli zauważy jakąś prawidłowość reakcji otoczenia, świadomie i konsekwentnie zaczyna nim manipulować. Nic jednak nie przychodzi łatwo w tym wieku: każde działanie naraża dziecko na reakcję. Często jest nią oczywiście zachwyt, pochwała i aplauz otoczenia, ale jeśli dziecko eksperymentuje na „terenie zakazanym” spotyka je kara. Wcześniej czy później poniesie konsekwencje, a mogą one przyjąć różną formę: zakazu, klapsa, krzyku, gniewnego szarpnięcia. Im większy pęd do poznawania otoczenia, im większa ciekawość świata, im większe poczucie niezależności w nim drzemie – tym więcej doświadcza ono cierpienia, które wynika z reakcji rodziców lub po prostu wypadków przytrafiających się takim dzieciom częściej niż tym tzw. grzecznym[11]. Prawdę mówiąc niewiele jest w tym wieku dzieci, które nie znajdują kilka-kilkanaście razy dziennie powodów do rozpaczy, gniewu, frustracji i lęku. Chyba już nigdy potem żadne uczucia nie są tak intensywnie i autentycznie przeżywane jak teraz.
  5.  Okres wczesnoszkolny. To lata, kiedy dziecko musi zrozumieć nieuniknioność życiowych faktów. Nie ma znaczenia, że radość z pójścia do szkoły zmieniła się w ciężki obowiązek – chodzić i tak trzeba! Nie ma znaczenia z kim dziecko chce się przyjaźnić – druga strona też musi tego chcieć i nic tego nie zmieni! Nauka i sztuka obcowania z rówieśnikami czy nauczycielami jest nieustanną pracą, która polega na obserwacji, przyswajaniu i analizie faktów, oraz treningu autoprezentacji i samoobrony w każdej możliwej sytuacji wynikającej z tego przymusowego uspołeczniania i edukacji. Nie zapominajmy też o presji ze strony najbliższych, którzy oczekują postępów w nauce i sukcesów na każdym możliwym polu.
  6.  Okres szkolny. To samo co w punkcie 5. tylko jeszcze intensywniej[12]. W dodatku przyszedł czas, kiedy dziecko coraz częściej słyszy, że „nie jest już dzieckiem”, gdy narzuca mu się dodatkowe obowiązki, a za chwilę, że „przecież jest dzieckiem”, gdy rości sobie prawo do np. własnego zdania.
  7. Okres gimnazjalny i  licealny. To czas, gdy dziecko przekształca się w dorosłego, który już czuje, że dojrzałość może być przereklamowana. To czas gdy młody człowiek stoi w rozkroku[13] nad rwącą rzeką; na jednym jej brzegu majaczy może nie idealne, ale zazwyczaj znośne dzieciństwo, na drugi niecierpliwie ciągnie go dorosłość –  może i wspaniała, ale dziś jeszcze niepokojąco tajemnicza.  To również czas gdy nauka, hormony, gry komputerowe, filmy, rozmowy z rówieśnikami, rodzicami i nauczycielami[14] – robią z mózgu nastolatka taką zupę, że może go wyleczyć tylko głośna muzyka, bezmyślny rechot, prawdziwa przyjaźń, pierwsza miłość i … tolerancja ze strony najbliższych[15] w granicach rozsądku oczywiście.

 

Nie twierdzę, że macierzyństwo to proste zadanie, ale niech nikt nie mówi, że cudownie jest być dzieckiem. A mówiąc innymi słowy: Dzień Dziecka, wakacje, ferie, urodziny, Gwiazdka – no, nie wymyślono tylu bonusów za darmo, tak?

——————————-


[1] Oprócz decyzji wymaga to też wkładu własnego z jednej strony i jakichś hmm… ofiar z drugiej, ale ponieważ całe przedsięwzięcie do przykrości nie należy, nie przeceniajmy naszego zaangażowania w ten projekt.

[2] Patologię rozumiemy zazwyczaj jako odejście od uznanej przez nas normy. Nie zapominajmy, że norma jaką uznajemy może być dla kogoś patologią!

[3] Co świadczy przede wszystkim o silnej potrzebie wytłumaczenia czynu uznanego za naganny, samo uzasadnienie motywacji takich działań wcale ich nie usprawiedliwia!

[4] Albowiem z „dobrem dziecka” jest jak z „patologią” – patrz przypis 2.

[5] Jeśli nie, to tylko kwestia czasu.

[6] Słowo „natura” można zastąpić dowolnym innym. Nie będzie to miało wpływu na dalszą część zdania.

[7] Tu przyda się czytelnikowi znajomość historii, psychologii, biologii, fizyki, chemii i… wszystkiego (wybór dziedzin i tak zostanie zdeterminowany przez wykształcenie, wiek, płeć, wyznanie i rozumek po prostu). Mogę też powiedzieć inaczej: człowiek z natury lubi odkrywać, poznawać, łamać stereotypy i stawiać świat na głowie. Im jest młodszy tym bardziej.

[8] Peter Rosegger (1843–1918) – austriacki poeta i prozaik. Prawdopodobnie napisał coś fajnego, ale na ten temat wujek Google mówi tylko po angielsku i niemiecku. Może w innych językach też, ale tak się składa, że tylko te są mi tak znajomo obce 🙂

[9] W zależności od tego jak się za to zabierze mamy do czynienia z kształtowaniem dziecka, dyscyplinowaniem, łamaniem, naginaniem, tresurą – wszystkie te określenia dotyczą tego co zwykły człowiek nazywa „wychowaniem”.

[10] Hierarchia tych czynników jest u każdego inna i uwarunkowana właśnie tymi czynnikami w stopniu adekwatnym do tej hierarchii. Eeeee… No tak! Właśnie tak!

[11] Grzeczne dzieci istnieją tylko w relacjach osób, które: a) nie mają dzieci; b) zapomniały jakie były ich dzieci we wczesnym dzieciństwie; c) chcą zwyczajnie dokuczyć matce przedszkolaka. Prościej? – nie ma takich dzieci.

[12] To właśnie w tych latach rodzice i nauczyciele oczekują od małego człowieka, aby ładnie śpiewał i recytował, pięknie pisał, dużo czytał, zapamiętywał wszystkie formułki i definicje, rozumiał zagadnienia, rozwiązywał zadania, dbał o czystość, osiągał sukcesy w sporcie, brał udział w każdym turnieju i konkursie, miał wielu przyjaciół, nie próbował papierosów i innych używek, nie tracił czasu przed komputerem, zapomniał jak wygląda telewizor, wyprowadzał psa na spacer, sprzątał w pokoju, wynosił śmieci, pomagał w wykopkach, remoncie i przygotowywaniu posiłków, zajął się młodszym rodzeństwem, nie zapomniał odwiedzić babci, zrobił zakupy, ale PRZEDE WSZYSTKIM aby robił to wszystko z uśmiechem na ustach, wdzięcznością w sercu i szacunkiem, który im wszystkim się należy…

[13] Tu zapewne należy szukać przyczyn – nomen omen – chwiejności (także emocjonalnej).  Taki rozkrok nie sprzyja też prowadzeniu sensownych rozmów z cyklu: „Dlaczego tak na mnie patrzysz?” albo „Dlaczego się tak zachowujesz? Nie tego cię uczyłam” albo „Nie rozumiem dlaczego się z nią przyjaźnisz. Naprawdę dobrze się jej przyjrzałeś?” lub w dowolnym innym temacie poruszanym z tą samą subtelnością.

[14] Ale najczęściej z sufitem. Ze słuchawkami na uszach.

[15] Bardzo pomaga w tym okresie wyniesienie strzelby z domu!

Post wyświetlono 191 razy

2 komentarzy
  1. Ten wyklęty i zapomniany psycholog, Andrzej Samson, napisał kiedyś książkę „Mit szczęśliwego dzieciństwa”. Warto zajrzeć do niej. Może w srokowskiej bibliotece jest, bo tam (na szczęście) żadnych książek się nie wyrzuca.
    Zawsze mi mówiono, że z dziećmi trzeba rozmawiać. ROZMAWIAĆ, nie „scebiotać” jak do idioty. To wielka sztuka umieć zniżyć się do takiego malca (dosłownie) i zechcieć zobaczyć świat z jego perspektywy. Każdej. A najlepiej, nie zapominać o tym, że byliśmy dziećmi, o naszych uczuciach z tego okresu, co sprawiało nam radość, przykrość. Nasze dzieci czują tak samo, czasem bardziej. W każdym wieku. Różnica polega na tym, że my już to przeżyliśmy, a one jeszcze nie. Empatia się kłania 😉

  2. Dzieciństwo to nie sielanka – z perspektywy lat widzę, jak trudny to okres dla dziecka, które działa intuicyjnie, bez doświadczenia, trochę jak niewidomy wyczuwający laską teren przed sobą. A rodzice w pędzie codzienności bagatelizują dylematy dzieciaka, pomniejszają dramaty szkolne – a przecież dla dziecka szkoła i stosunki tam panujące to baza, na której buduje swoją samoocenę i hierarchię wartości na całe późniejsze życie. Ja osobiście pamiętam, jak niewiele wsparcia psychicznego w trudnych momentach dali mi nauczyciele, może to rutyna, która zabija spostrzegawczość, a może wygodnictwo, bo łatwiej nie widzieć przemocy i maltretowania psychicznego słabszych dzieci przez bezwzględniejszych rówieśników. Pomijam celowo rolę rodziców – to drugi wątek, zazębiający się oczywiście. Nauczyciel wykonuje pracę, za którą mu płacimy jako podatnicy – i powinien wykonywać ją dobrze, a do jego obowiązków nie należy tylko nauka czytania i pisania, ale także (i jest to równie ważne) kształtowanie prawidłowych zachowań społecznych.

Dodaj komentarz

Obowiązkowe pola są zaznaczone *. Twój adres email nie zostanie opublikowany.